Chomik Furiatto

Duchowe Przypowieści

Duchowe Przypowieści

Chuań
Przypowieść o Złotym Kwiecie, Rzece Miłości i Nieśmiertelnym Ogrodniku



http://t3.gstatic.com/images?q=tbn:ANd9GcQktxDflEAO4wbchlu2ep2OPV6AuFc78xBu5nmqAYQwDIh4GhHMAT3aOSnt-A


Wiele legend powstało o tajemnicy Kwiatu Serca. Niektóre legendy nazywają go Kwiatem Życia, niektóre mówią o nim jak o Złotym Kwiecie, inne zaś twierdzą, że to Kwiat Nieśmiertelności. Wszystkie te nazwy nie są przypadkowe. Odzwierciedlają one błogi aromat tego kwiatu i uchylają zasłonę tajemnicy, która go otacza.

Żył kiedyś w niedużej dolinie, ukrytej w górach, pewien człowiek. Żył z lekkością i radością! Wielu nazywało go świętym, inni — zakonnikiem, a niektórzy — Przebudzonym.

Sam jednak niczego takiego o sobie nie mówił i nie myślał.

Niekiedy nazywał siebie ogrodnikiem, chociaż ogrodu nie miał. Pielęgnował on jeden jedyny kwiat — Złoty Kwiat Serca, który daje Nieśmiertelność.

Ten człowiek prowadził proste życie. Żył i cieszył się otaczającym go światem, który kontemplował! Przyjaźnił się on z górami, w których mieszkał. Z wiatrem, który mknął nad jego niedużą doliną. Z trawami i kwiatami, co rozkwitały wiosną i ozdabiały jego ustronie przez całe lato. Przyjaźnił się on z gwiazdami, które uśmiechały się do niego nocą i ze słońcem, co świeciło za dnia. Przyjaźnił się nawet z obłokami i śniegiem, który okrywał jego spokój późną jesienią i mroźną zimą.

Niekiedy przychodziły do niego zwierzęta lub przylatywały ptaki — to byli jego przyjaciele. Albo przychodzili ludzie, którzy potrzebowali pomocy i uzdrowienia. I wszystkim on pomagał, nikomu nigdy nie odmówił.

Bardzo długo żył ten człowiek. A potem, gdy wypielęgnował swój Kwiat i nadszedł ku temu czas, odszedł do innych Nieśmiertelnych i został Ogrodnikiem, Który sieje nasiona i pielęgnuje kiełki, z których pojawiają się nowe Złote Kwiaty.

I pozostawił on ludziom pamięć o swoim Złotym Kwiecie, który ofiarowuje Nieśmiertelność, a także o Źródle Rzeki Miłości, która płynie i żywi wzrastające Kwiaty.

… Tajemnica Złotego Kwiatu pociągała ludzi. Oni wspinali się w góry, aby go odnaleźć. Znajdowali tam różne kwiaty. Bezlitośnie zrywali je, robili z nich proszki i napary, wywary i maści… Jednak nikogo te zioła nie czyniły Nieśmiertelnym…

Inni zaś sądzili, że tajemnicza moc kryje się w korzeniach. Wykopywali zatem korzenie i na próżno niszczyli te subtelne stworzenia…

Odnaleźć Złoty Kwiat nikomu się nie udawało. Jego tajemnica pozostawała nieodgadnioną…

Pewnego razu dotarł w to miejsce młodzieniec, którego ukochana była ciężko chora. Mówiono mu, że jest umierająca. Jednak jeden uzdrowiciel dał mu nadzieję. Powiedział, że jego ukochana może wyzdrowieć, jeżeli przyniesie jej Kwiat Życia.

Młodzieniec wyruszył w góry i odszukał tam piękny kwiat. Jego korona była tak delikatna, że młodzieniec pomyślał, że to właśnie jest Kwiat Życia! Klęknął on przed kwiatem, ale nie potrafił go zerwać. Jego współczucie do wszystkiego, co żyje, nie pozwalało mu zniszczyć tego piękna!… Młody człowiek opuścił ręce i wyszeptał: „Wybacz!”. I nikt nie wiedział, czy tym słowem zwraca się on do swojej ukochanej, czy też do kwiatu…

W tym momencie zabrzmiał Głos: „Ten, kto szanuje życie jest godny pomocy!”.

Głos należał do Boskiego Ogrodnika. Jak wszyscy Nieśmiertelni, mógł pojawiać się On o każdej porze i w każdym miejscu!

Jego istotę tworzyło Światło i Spokój. Każdy Jego ruch i słowo emanowało błogością.

„Cieszę się, że oszczędziłeś ten kwiat!” — powiedział Boski Ogrodnik.

„Dziewczyna, którą kocham, umiera…” — wyszeptał ledwie słyszalnie młodzieniec.

„Tobie powiedziano, abyś podarował jej Kwiat Życia. Jednak Kwiatu Życia nie można zerwać i przynieść! Można go jedynie wypielęgnować z własnej serdecznej miłości, żywionej przez Rzekę Miłości!”

„Ale moja ukochana umiera właśnie teraz. Nie zdążę jej pomóc…” — odpowiedział młody mężczyzna.

„Nie martw się, pomogę wam. Tam oto jest źródło Rzeki Miłości. I tam właśnie płynie czysty strumyk. Nabierz wodę w dłonie i powiedz, ze swego serca duchowego, tej wodzie: „Kocham cię!”. Podlej potem nią kwiat i również mu powiedz: „Kocham cię!”. Po jakimś czasie na płatkach pojawią się kropelki rosy. Zbierz krople z kwiatu. One wystarczą, aby uzdrowić twoją ukochaną! A w tym czasie, gdy będziesz oczekiwał na pojawienie się rosy na płatkach, wstąp do Rzeki Miłości — i postaraj się pojąć Prawa Miłości, dzięki którym człowiek może żyć szczęśliwie!”

Ogrodnik wytłumaczył młodzieńcowi jak się zanurzyć w Potoku Żywego Światła Rzeki Miłości i zniknął.

Młody człowiek długo przebywał w tym Potoku i słuchał Żywej Rzeki, której śpiewające strumienie opowiadały o tajemnicach istnienia — o prawach Tao.

I on zrozumiał to, jak miłość przemienia życie ludzkie! Ten zaś, kto nie posiada miłości serdecznej, ten nie może wstąpić do Rzeki Miłości! Dusze, w których nie pali się światło miłości, nie są w stanie dotknąć Potoku Żywej Miłości i dlatego są pozbawione szczęścia.

Ci zaś, którzy obdarzają swoją miłością — żyją i wzrastają w Potoku Rzeki Miłości, w którym płynie Światło, Radość, Błogość! A tylko oni mogą być szczęśliwymi!

I gdy wypełniony szczęściem młodzieniec uświadomił sobie to wszystko i sam się przemienił, zobaczył przezroczyste kropelki na płatkach kwiatu. Ostrożnie zebrał te krople z płatków i poszedł do swojej ukochanej. Przyjęła ona lekarstwo Ogrodnika i wyzdrowiała.

… Żyli oni w spokoju i szczęściu: bowiem w Rzece Miłości płynęło ich życie!

… Kiedy ich syn dorósł i został młodzieńcem, doszedł on do wniosku, że powinien podziękować Nieśmiertelnemu Ogrodnikowi za cudowne uzdrowienie jego matki, za życie jej podarowane, a tym samym również jemu.

Udał się więc w drogę, żeby odszukać tę małą dolinę w górach.

Wspinał się on coraz wyżej i zachwycał się pięknem rozpościerającym się przed jego oczami. Majestatyczne góry witały go swoimi w słońcu błyszczącymi szczytami. Obejmował go czuły wiatr, pędzący w przestworzach, obdarowywały wonią kwiaty zdobiące doliny. Gwiazdy uśmiechały się do niego nocą, a słońce swoim światłem rozświetlało każdy jego dzień.

Odszukał on też małą dolinę w górach, gdzie kiedyś żył Nieśmiertelny Ogrodnik i Źródło, z którego bierze początek Rzeka Miłości.

I pomyślał on wtedy: „Jakbym chciał sam też wypielęgnować Kwiat Życia — i potem opowiedzieć ludziom o tej Drodze do prawdziwego szczęścia!”.

Tu ujrzał on Nieśmiertelnego Ogrodnika. Ogrodnik powiedział: „Niech spełni się to, czego chcesz! Bowiem nie tylko o swoim własnym dobru marzysz, ale też o innych ludziach! Pokażę ci, jak — z Ciszy Tao — w ludzkim sercu duchowym rozkwita Kwiat Życia! Pokażę ci Głębiny, z których wychodzi jego korzeń! A wówczas będziesz potrafił wypielęgnować swój Kwiat i opowiedzieć ludziom o tajemnicy Kwiatu Życia — Kwiatu Serca, który wyrasta z Nieskończonego Tao i rozkwita w duszy człowieka! Z ciebie też może będzie Ogrodnik!”.

Źródło

"Istnieje ludzka tęsknota za Bogiem, i istnieje również boska tęsknota za człowiekiem"
Mikołaj Bierdiajew

Dobrusia
Moderator
ranks
useravatar
Offline
81 Posty
Informacja o użytkowniku w postach
Nie posiadasz uprawnień do zamieszczenia tu postu

Re: Duchowe Przypowieści

Pewnego dnia przyszedł do mędrca młodzieniec i pyta: "Mistrzu, co mam uczynić aby stać się mądrym?" Mędrzec nic nie odpowiedział. Młodzieniec bezskutecznie powtarzał to pytanie jeszcze kilka razy. W końcu odszedł, lecz następnego dnia ponownie powrócił, zadając mędrcowi to samo pytanie, lecz znowu nie otrzymał odpowiedzi. Na trzeci dzień, ponownie zapytał: "Mistrzu, co mam uczynić aby stać się mądrym?"

Mędrzec skinął wreszcie na niego aby poszedł z nim do pobliskiej rzeki. Gdy dbaj zanurzyli się w wodzie na odpowiedniej głębokości, mędrzec chwycił go za ramiona i przytrzymał dość długo pod wodą, pomimo iż ten bronił się zaciekle. Gdy wreszcie zwolnił go z uścisku zapytał: "Synu czego pragnąłeś najbardziej będąc pod wodą?"

Młodzieniec odparł bez wahania: "Powietrza! Powietrza! Najbardziej pragnąłem powietrza!" "Nie wolałeś bardziej od powietrza bogactwa lub sławy, władzy lub miłości, mój synu?" - badał go dalej mędrzec. "Nie mistrzu, potrzebowałem tylko powietrza" - padła natychmiastowa odpowiedź.

"Otóż - powiedział mędrzec - jeśli pragniesz zdobyć mądrość, to musisz dążyć do niej z taką samą żarliwością z jaką pragnąłeś powietrza. Musisz walczyć o nią i wykluczyli każdy inny cel w twym życiu, ona bowiem musi być we dnie i w nocy twym naczelnym dążeniem. Jeżeli tak gorliwie szukać będziesz mądrości mój synu, to z całą pewnością zostaniesz oświecony".

Czytaj wszystko, słuchaj każdego. Nie dawaj wiary niczemu, dopóki nie potwierdzisz tego własną wnikliwą analizą

William "Bill" Cooper

N_one
Główny Bajkopisarz
ranks
useravatar
Offline
1360 Posty
Informacja o użytkowniku w postach
Nie posiadasz uprawnień do zamieszczenia tu postu

Re: Duchowe Przypowieści

Sulia
Przypowieść o miłości



http://path-to-tao.info/pic/path_to_tao_scr.jpg

Niegdyś żył sobie człowiek. Pewnego razu usłyszał on: „Bóg jest Miłością!”.

Postanowił zatem wyruszyć w drogę, by miłość odnaleźć. I zaczął słuchać: co ludzie o miłości powiadają?

* * *

I usłyszał:

… „Kocham mięso!” — jeden człowiek rzekł. Poszedł więc, zarżnął jagnię, podsmażył je, a potem ciało jego zaczął jeść…

… „Kocham polowanie! — powiedział inny. — W locie potrafię każdego ptaka namierzyć, każde zwierzę w gęstwinie odszukać, bez chybienia zabić i skórę zedrzeć!”

… „A ja właśnie kocham nosić futra!” — oznajmiła pewna ślicznotka.

… „A ja też kwiaty kocham!” — inna dodaje, w wielkie bukiety je układa i do wazonów wkłada. Patrzy, rozkoszując się, jak po cichutku umierają, więdną… A o jej „miłości” do nich kwiatki wcale nie wiedzą!… Że też symbolem miłości oraz piękna stały się kwiaty o korzeniach swych odciętych!

… A inny mężczyzna powiada:

„Kobietę kocham swą! Tak silna jest namiętność moja, że jeśli nagle z innym zdradzi mnie, zabije ją!”.

… „Ja sławę — kocham ponad wszelkie kobiety! — tak wódz dodaje. — Za chwilę sławy zdecydowany jestem oddać wszystko!”. Znajduje więc dla siebie wrogów i wojsko swe wysyła na śmierć. Gotowy życie ludzi poświęcać, by tylko chwilę sławy osobistej mieć…

… „Ja władzę lubię! — tak cesarz mówi. — Sam tworzę prawa dla kraju! Posłuszni wszyscy będą mym życzeniom! Wszystko będzie wedle moich rozkazów: ja ułaskawiam lub karzę śmiercią, mogę wprowadzić pokój lub rozpocząć wojnę!”

Jeszcze o innej miłości człowiek usłyszał:

„Kochamy Boga! Jesteśmy gotowi umrzeć za naszą wiarę! Jesteśmy gotowi zabić za naszą wiarę!”.

* * *

I przeraził się człowiek tym, co usłyszał i zawołał: „Przecież to nie może być miłością!”.

Wtenczas echem odezwały się góry: „To nie jest miłość!”.

I zaszeleściły liście: „To nie jest miłość!…”.

I zakrzyczały ptaki: „To nie jest miłość!…”.

I zaszemrały rzeki: „To nie jest miłość!…”.

I zahuczał przypływ fal oceanicznych: „Nie jest miłością to, że ktoś dla siebie czegoś pragnie i krew rozlewa!…”.

Więc poszedł człowiek dalej…

* * *

Zobaczył w innym kraju dziecię dobre i spytał:

„Co kochasz?”

„Matkę swą kocham, kocham ojca, kocham łąkę tę, co w kwiatach cała. I rzeczkę kocham i las! Lubię też tańczyć, śpiewać, lubię pracować i się bawić! A moja miłość wszystkich naokoło cieszy! I wszyscy mnie kochają!”

… Mężczyznę zakochanego człowiek zobaczył i spytał o to samo. Ten zakochany w odpowiedzi powtórzył słowa, które do ukochanej mówił: „Szczęśliwa bądź, ma ukochana! Choć teraz jesteś z innym. Znów powtórzę: bądź szczęśliwa, kochana moja! Bądź szczęśliwą! Wiedz: cieszę się wraz z tobą!”.

… Ujrzał człowiek ogród piękny, jak gdyby rozkwitała sama ziemia! Zobaczył łań zboża oraz tego, kto to wszystko wypielęgnował i zapytał go: „Co kochasz?”.

A ten odpowiedział: „Kocham ziemię! I na niej pielęgnuję ogrody, zboża, kwiaty, a w zamian dają mi one swoje owoce, piękno oraz aromaty. Owoce piękne spożywa ten, kto ogród pielęgnował i wszystkim swoją miłość ofiarował!”.

… Zawędrował człowiek do kraju, w którym był ład i spokój. I rozkwitało tam życie ludzkie.

I władcę kraju zapytał:

„Co kochasz?”

„Kocham kraj i wszystkich jego ludzi! — powiedział mądry władca. — I gotów jestem pochylić głowę przed upokorzeniem mej osoby, aby zapewnić pokój dla kraju i do wojny nie dopuścić!”

… Szedł człowiek dalej — słuchał oraz patrzył.

Wtem ujrzał Mistrza Duszy, który Boga całym sercem kochał.

I ów człowiek Mistrza spytał: „Powiedz, jaka jest miłość, której uczy Bóg? I jak ją poznać? Jak miłość i nie miłość mam odróżnić?”.

Mistrz rzekł: „Miłości nie ma w pragnieniu dla siebie! To są namiętności, zachcianki, pragnienia występne… Miłość to podstawa Wszechświata! Poza tym miłość to światło twojej duszy!”.

I dalej Mistrz tak nauczał:

„Woda toczy swój potok przezroczysty i poi wszystkich — tak kocha Bóg!

Ziemia pielęgnuje i dźwiga na sobie wszystkie formy życia — tak kocha Bóg!

Świeci słońce i oświetla wszystkich i wszystko — tak kocha Bóg!

Kochaj też ty — obdarowując wszystkich zawsze troską i czułością!

Miłość ofiarowująca — oto światło duszy!

Miłość więc w sobie wypielęgnuj, a wówczas odczuwać oraz widzieć Boga będziesz mógł!”.

Źródło

"Istnieje ludzka tęsknota za Bogiem, i istnieje również boska tęsknota za człowiekiem"
Mikołaj Bierdiajew

Dobrusia
Moderator
ranks
useravatar
Offline
81 Posty
Informacja o użytkowniku w postach
Nie posiadasz uprawnień do zamieszczenia tu postu

Re: Duchowe Przypowieści

Bajka o Ogniu

Źródło tekstu: N.I. Szerstiennikow Wewnętrzne Światło str.110

Bardzo dawno temu, kiedy drzewa mogły mówić, wszystko było inaczej. Ziemi nie rozdrapywała socha oracza, lasy rosły dziewicze i ani jedno drzewo nie zostało zrąbane na opał, albowiem ludzie nie znali ognia.
Tak, tak, ognia nie było, a ludzie obchodzili się bez niego. Kiedy czegoś nie znasz, tego i nie pragniesz...

  Drzewa w lasach szeptały ludziom:
- Żyjcie pod naszą osłoną wiecznie. Nakarmimy was swoimi owocami. Kochajcie nas, a my weźmiemy wasz ból, ukoimy was, damy wam schronienie u naszych korzeni i pożywienie z naszych gałęzi.
Matka-Ziemia otaczała opieką swoje dzieci. Nie dawała im głodować, we właściwym czasie podkładała płody. Poiła kryształowymi wodami rzek i strumieni. Otaczała ciepłą, wilgotną troską, a ludziom było przestronnie w tym zielonkawym półmroku. Żyli nie zastanawiając się po co! Nie umieli myśleć, bo swoje myślenie oddali Matce-Ziemi i ona myślała za nich. Cieszyli się ze wszystkiego, co Matka im dawała, a ich dziecięce radości napełniały ją cichym, spokojnym szczęściem.
Wszystko byłoby pięknie, ale Ten, Który Był Zawsze i Który Dał Matce Ludzi dopytywał się:
- Jak długo będziesz ich niańczyła? Czyż po to ci ich dałem? Oni powinni rozwijać się i tworzyć!...  A ty chowasz ich pod koronami swoich drzew, pod chmurami - przed migotaniem gwiazd, przed wabiącym przyciąganiem Nieba! Oni nie należą do ciebie! Ich dom - to Mój Dom! Dlaczego poisz ich i karmisz tak po prostu? Daj im zajęcie, niechaj chociaż myślą!
Matka zgadzała się, bowiem z Tym, Który Był Zawsze nie można się sprzeczać, tak jak nie sposób poddawać w wątpliwość Prawdy!
Ale kiedy Ten, Który Posłał Ludzi powiedział wszystko, Matka postanowiła: " Jeżeli ludzi oddano pod moją opiekę i wychowanie to należy otoczyć ich wszechstronną opieką, postępować tak, żeby nie znali trosk i żyli w dostatku, tylko wówczas wyrosną na silnych i dobrych..."  A w zamian Matka oczekiwała niewiele - żeby ją kochali... Wszystko pozostałe brała na siebie - ona odczuwała za ludzi. I kiedy oni coś odczuwali, to nie odczuwali tego bezpośrednio, ale poprzez Matkę. Ona myślała za nich, a oni łowiąc myśl, nawet nie wiedzieli, że myśl ta jest myślą Matki! Bardzo się bała, że do głów jej wychowanków przyjdą złe myśli i uczucia, dlatego starała się nie przepuścić bez kontroli ani jednej myśli z otaczającego świata. Wybierała potrzebne, a niepotrzebne po prostu odrzucała. W swojej miłości była przekonana, że postępuje mądrze i odgradza dzieci od świata zła.
A ludziom dobrze było w świecie wolnym od trosk i żyli pierwotną miłością, która zamieszkała w ich sercu. Odczuwali ją w sobie jako pulsującą kulkę, rozpalającą się dniem i przygasającą na noc...
I tylko ta miłość była w ludziach, natomiast namiętności, cierpienia, poszukiwania, dążenia - to wszystko dawno zapomnieli, odkąd pierwsi z nich rodzili się na Ziemi, a ona otoczyła ich swoim ciepłym, wilgotnym, zielonym oddechem...
- Matko, ja czuję udrękę ciała! - mówiło przerośnięte dziecię. I matka dawała mu kobietę, taką właśnie, jaka była mu potrzebna, i żeniła ich, i wszyscy wiedzieli, że tak będzie zawsze! I ludzie chodzili po lasach, kłaniali się drzewom, które były jednym z Matką, i powierzali im swoje pragnienia. A Matka skwapliwie je zaspokajała.
Bezgraniczna była cierpliwość Tego, Który Był Zawsze. Patrzył na Ziemię z bezkresnych głębin Swojego Domu i ubolewał nad tym, że Matka mimo wszystko nie zdołała przełamać swojej ślepej miłości do ludzi. Wiedział, że nadejdzie czas, kiedy ludzie opuszczą kolebkę bierności i rozpoczną poszukiwania... Zaczną szukać tego, co zawsze było obok - Prawdy Życia. Ale oczy od dawna zamknięte będą się otwierały z trudem i bólem. Dlatego, że im dłużej człowiek przebywa w ciemności, tym bardziej bolesne staje się dla niego patrzenie na światło dnia i tym bardziej potrzebuje czasu oraz ostrożności - inaczej światło oślepi już na zawsze...
Ten, Który Był Zawsze wiedział wszystko i nie przyspieszał biegu wydarzeń. Albowiem wszystko w świecie powinno dziać się we właściwym czasie. Właściwy czas to jeden z filarów Ogólnego Porządku Wszechświata.
Jak długo jeszcze trwała szczęśliwa niewiedza ludzi w ciszy i spokoju Macierzyńskiej miłości - trudno powiedzieć. Czas płynął wtedy powoli i jeden dzień mógł ciągnąć się jak miesiące...
Ale dzień nastał! I wśród ludzi pojawił się Odszczepieniec. Rósł jak wszyscy, ale czasami zastygał w rozmyślaniach. Wydoroślał jak wszyscy i coraz częściej przychodził do starszych ze swoimi pytaniami. A ponieważ nie otrzymał odpowiedzi, poszedł do Matki:
- Czy my jesteśmy twoimi dziećmi? - zapytał.
- Tak - odpowiedziała Matka, mając rację i nie mając jej równocześnie. Wszak ciała rodziła i pielęgnowała ona, ale Duch w nich drzemiący posłany był przez Tego, Który Był Zawsze.
- Powiedz zatem co mi zakłóca spokój? Czego ciągle oczekuje, ku czemu nieznanemu mnie ciągnie?
- Być może chcesz się ożenić? - spytała Matka.
- Nie, nie chcę, nie ciało jest moją udręką, lecz coś od wewnątrz popycha mnie w dal... Tak ciągnie, że nie mogę wytrzymać! Idę za rzekę - a tam wszystko znajome. Znajome miejsca są również za górą , za dalekim lasem też byłem. Czego potrzebuję?! - wykrzyknął.
I został usłyszany. Obecny Wszędzie skierował piorun na szczyt wzgórza. Tam wybuchł i niebieski płomień wystrzelił ku niebiosom. Czegoś takiego na Ziemi jeszcze nikt z ludzi nie widział. Ale najbardziej zdziwiony był Odszczepieniec. Patrzył na płomienie okrągłymi oczyma i płakał pytając:
- Powiedz mi, jakiż to kwiat rozchylił płatki na odległym szczycie?
- Nie chodź tam, to już wcześniej było. Zaraz poleję deszczem i wszystko przejdzie...
- Nie, poczekaj, chciałbym zrozumieć, co tam świeci na szczycie! - i powiedziawszy to ruszył w drogę...
Liany chwytały go i trzymały czepnymi rękoma. ale wyrwał się. Bagna, topiele przegradzały drogę, ale on pokonał je. Po ostrych kamieniach wspiął się w górę, aby przyjrzeć się bliżej płonącemu cudowi...
A Matka polała deszczem ogień, który sykiem wygasł - głownie dymiły i tylko pojedynczy węgielek żarzył się wśród mroku zielonego spokoju.
- Ktoś ty? - zapytał Odszczepieniec. - Nie znam cię, nigdy cię nie widziałem.
- I nie poznałbyś, gdybyś nie podniósł wzroku ponad urodzajną Ziemię. Twoi współbracia zbierają pożywienie, nie interesuje ich, co nagle wydarzyło się na wzgórzu.
- Skąd jesteś?
- Przysłał mnie Ten, Który Był Zawsze. On chce, abyś spojrzał w moje oczy i przejrzał...
- Ale ja niczego nie widzę. Czyś ty robaczek świętojański? - jesteście podobni i ledwie świecicie...
- Daj mi pojeść drzewa, wówczas zapłonę jaskrawo, drogę ci oświecę..
- Jakże można oddać tobie drzewo? Ono jest żywe, ja z nim rozmawiam...
- Jeden sęczek nie osłabi lasu. Drzew jest dużo - ja jestem jeden. Zgasnę bez pożywienia. Utracisz mnie, być może na zawsze.
- Ależ drzewo i Matka są tym samym!
- Co tam tobie Matka! Popatrz jakie cudowne obrazy w sobie noszę, co gotów jestem otworzyć przed tobą! Daj mi gałązkę, a ja znów zapłonę...
Odszczepieniec dlatego właśnie był odszczepieńcem, że starał się zrozumieć wszystkie niepisane zasady Matki. Inni stosowali je bez zastanowienia, przestrzegali ustalonych reguł zachowania, on stawiał pytania. I tymi pytaniami wprowadzał w osłupienie swoich współbraci. Jego szczęście, że ludzie nie mogli się gniewać, nie znali tego uczucia. Wzięła go więc Matka do siebie, żeby dzieci nie miały powodów do krzywdzenia się nawzajem.
I wtedy zwrócił się do Matki:
- Powiedz, dlaczego powinniśmy postępować tak, a nie inaczej?
- Dla waszego dobra - odpowiedziała Matka.
- A dlaczego czynić dobrze można wyłącznie w ten sposób? Być może gdybyśmy postąpili inaczej, poznalibyśmy coś interesującego.
Matka nic nie odpowiedziała, zamilkły trawy, drzewa. A leśne zwierzęta, które słyszały rozmowę - rozbiegły się. Wszystkim zrobiło się smutno. Po co pytać, skoro wszystko jest jasne - jedz, pij, śpij, rozmnażaj się...
Ale Matka pojęła, że przyszła chwila, kiedy w jej malutkim dzieciątku przebudził się potężny wicher nienasyconego umysłu, poszukiwania i działania...
Ona od samego początku oczekiwała tego, ale pokolenia przychodziły po pokoleniach, a Odszczepieniec wciąż się nie pojawiał, i matka uspokoiła się... Ale pamiętała ostrzeżenie Tego, Który Był Zawsze:

"Przyjdzie czas, że utracisz ich! Będą żyć z tobą i mścić się na tobie, odpłacać nieświadomie za to, że pozbawiłaś ich uczuć, pragnień, myślenia. Za to, że ich uczuciami czułaś ty, ich dążenia gasiłaś spełnianiem zachcianek, a wolę osłabiałaś słodyczą cichego, dostatniego życia.
I będą gryźć twoje ciało i rwać twoje włosy. Będą polewać cię brudem, a w twoje błękitne oczy wrzucać śmieci. I będziesz tak cierpiała do czasu, kiedy przypomną sobie przeszłość i zrozumieją, że mszczą się na Matce!
I znowu przyjdą do ciebie i pokłonią się i zechcą wyleczyć twoje rany! Ale w tobie przez czas odrzucenia zrodzi się ogień bólu i cierpienia. Będzie on płonął w twoim łonie... Czy wybaczysz im? Wszak oni będą już inni. Nie powierzą ci więcej swoich uczuć, ale gotowi będą zrozumieć twoje...
I zobaczą swój Prawdziwy Dom!... I wejdą do niego i przestaną być twoimi, ale wrócą z powrotem tam, skąd wyszli dawno, dawno temu..."


Matka ukorzyła się i znosi do tej pory brak rozsądku swoich dzieci. Cierpi, kiedy ogień nakarmiony przez Odszczepieńca buszuje po jej ciele. A ludzie, nakarmiwszy go widzą w nim i przyjaciela-pomocnika i wroga- zabójcę. I nie wiedzą, że ogień już wszedł w Matkę i głucho ryczy w jej ciele a wtedy, gdy ona czuje ból nie do wytrzymania i krzyczy, w jej jęku ogień wyrywa się na zewnątrz i giną w nim ludzie. A ludzie wciąż w żaden sposób nie chcą zrozumieć, że nie z gniewu drży i trzęsie sie Matka, lecz z bólu, który jej zadali.
Nie należy zadawać Matce bólu, a trzeba ją zrozumieć...
I są tacy, którzy już to dostrzegają i pojmują, ale pozostali z uporem szaleńców sprawiają ból. I wszyscy pielęgnują ogień i nie rozumieją, że jest on istotą innego świata, której zadaniem jest zamienić wszystko w siebie!
W swojej ślepocie mają nadzieję okiełznać żywioł swoimi słabymi rękoma i na pomoc im przychodzi życiodajny rozum.
Zaślepieniu uległ i pragnący wszystko sobą ogarnąć ogień. Kiedy osiągnie swój cel, zginie, albowiem zje sam siebie.
Jedynie Ten, Który Był Zawsze wszystko widzi i rozumie, i nieskończenie cierpliwie, to za pośrednictwem Matki, to za pośrednictwem Ognia, podpowiada ludziom, daje lekcje, uczy życia...
Kto słyszy - ten zdąża ku Niemu. A wielu we mgle świata nadal pije słodką truciznę życia. Gdzieś tam pamiętają jedynie o tym, że Matka kiedyś karmiła ich nie wymagając w zamian pracy, tylko ich uczuć i myśli...
I za darmowe karmienie gotowi są ponownie do niej przylgnąć... Ale Matka już ich nie przyjmie. W niej, tak jak w ludziach, buszuje ogień przemian. Cierpieniem uwalnia ona siebie i swoje dzieci od bezmyślności, popycha do działania, rozwoju, do Poznania Prawd Wszechświata!

Czytaj wszystko, słuchaj każdego. Nie dawaj wiary niczemu, dopóki nie potwierdzisz tego własną wnikliwą analizą

William "Bill" Cooper

N_one
Główny Bajkopisarz
ranks
useravatar
Offline
1360 Posty
Informacja o użytkowniku w postach
Nie posiadasz uprawnień do zamieszczenia tu postu

Re: Duchowe Przypowieści

Charles Eisenstein


Dawno, dawno temu, był sobie świat położony z dala od naszego. Nie wiadomo jak daleko od nas się znajdował - w przestrzeni, czasie czy może nawet poza czasem. Ludzie zamieszkujący tamten świat żyli w stanie uniesienia i radości, jakich w naszym świecie mogą doświadczać tylko nieliczni - podczas tych ulotnych chwil, gdy potrafią dostrzec potencjał życia i umysłu.

Pewnego dnia szaman plemienny tamtego świata zwołał naradę. Gdy wszyscy zebrali się wokół niego, przemówił uroczyście:
"Przyjaciele, istnieje świat, który potrzebuje naszej pomocy. Nazywają go Ziemią i właśnie ważą się jego losy. Jej mieszkańcy osiągnęli punkt krytyczny w swoim zbiorowym przebudzeniu i bez naszej pomocy ich narodziny nie zakończą się szczęśliwie. Kto jest chętny do wzięcia udziału w naszej misji do tego miejsca i czasu, by służyć pomocą tamtejszej ludzkości?”

"Opowiedz nam więcej o tej misji" - poprosili.

"Cieszę się, że pytacie, ponieważ jest to spawa wysokiej wagi. Wprowadzę was w trans. Będzie on tak głęboki, że stracicie poczucie tego, kim jesteście. Będziecie żyć jak zamieszkujący Ziemię ludzie i na początku całkowicie zapomnicie o swoim pochodzeniu. Zapomnicie nawet naszego języka oraz nie będziecie pamiętać własnego imienia. Pozbawieni zdolności do zachwytu i dostrzegania piękna, które panują w naszym świecie oraz pozbawieni wszechogarniającej miłości, odczujecie ich wielki brak, nie zdając sobie przy tym sprawy, czego tak naprawdę wam brakuje. To co dla nas jest normalne - miłość i piękno - będziecie odczuwać jedynie jako tęsknotę w sercu. Gdy będziecie tak żyć zagłębieni w tym boleśnie popsutym świecie, wasze wspomnienia przybiorą formę intuicyjnej wiedzy, że jednak jest możliwy świat piękniejszy, niż ten, który będzie was otaczał.

W okresie dorastania, wasza wiedza będzie nieustannie kwestionowana. Na milion sposobów będzie wam wmawiane, że świat zniszczenia, przemoc, ciężka praca, niepokój i degradacja są normalnością. Może się zdarzyć, że będziecie całkowicie osamotnieni - pozbawieni sprzymierzeńców dzielących tę samą - jak wy - wizję lepszego świata. Może się również zdarzyć, że popadniecie w głęboka rozpacz, jakiej my w naszym świecie Światła nie potrafimy sobie nawet wyobrazić. Jednak cokolwiek by się nie stało, zawsze towarzyszyć wam będzie iskierka mądrości, która nigdy was nie opuści. Pamięć o prawdziwym pochodzeniu zostanie zakodowana w waszym DNA. Iskierka ta będzie się w was nieustannie tlić, aż do czasu, gdy stanie się zalążkiem przebudzenia.

Wiedzcie jednak, że pomimo odczuwanej samotności, tak naprawdę nie będziecie sami. Ześlę wam wsparcie i pomoc, które jednak wy będzie postrzegać jako cud - jako coś, co przekracza granice waszego pojmowania. Na kilka chwil, godzin lub dni będziecie doświadczać przebudzenia, które pozwoli wam odczuwać radość i piękno takimi, jakimi one są w istocie. Mimo, że planeta Ziemia i jej mieszkańcy pogrążeni będą w cierpieniu, wciąż będzie można dostrzegać tam piękno, jego projekcję z przeszłości i przyszłości i owo piękno będzie obietnicą tego, co jest możliwe i przypomnieniem tego co jest prawdziwe.

Będziecie sobie wzajemnie pomagać. Kiedy rozbudzi się w was gotowość do spełnienia misji, rozpoznacie członków waszego plemienia. Waszym znakiem rozpoznawczym będą wspólny cel, wartości, intuicja oraz podobieństwo obieranych ścieżek. Gdy Ziemię ogarnie kryzys, wasze ścieżki zaczną przeplatać się coraz częściej. Czas osamotnienia oraz czas chwil, w których wydawało wam się, że zwariowaliście, będzie już za wami.

Wszędzie na Ziemi znajdziecie członków waszego plemienia, zaś rozwinięte technologie telekomunikacyjne umożliwią wam szybki wzajemny kontakt. Jednak prawdziwy przełom i rzeczywiste przyśpieszenie dokona się dopiero podczas spotkania każdego z was twarzą w twarz, które będzie miało miejsce w specjalnie wyznaczonych do tego celu miejscach na Ziemi. Następny etap waszej podroży rozpocznie się gdy już wielu z was zbierze się razem. Mogę was zapewnić, iż podroż ta zakończy się w tym samym miejscu, w którym się rozpoczęła. Misja, której nie byliście świadomi stanie się świadoma, zaś intuicyjny bunt przeciwko rzeczywistości odczuwanej wcześniej jako normalną, odczujecie jako wyraźną potrzebę stworzenia piękniejszego świata.

W chwilach samotności, będziecie usiłowali zapewnić samych siebie, że jeszcze nie zwariowaliście. Sposobem na to będzie informowanie innych, co złego dzieje się z ich światem. Albowiem Wiedza stanie się waszym udziałem. Będziecie też odczuwać wręcz jako zdradę, jeżeli nie będą chcieli was słuchać. Będziecie też rejestrować opowieści o błędach, okrucieństwie i zagładzie środowiska, które to wiadomości będą potwierdzać wiarygodność waszej intuicji o istnieniu lepszego świata. Po tym jednak, jak otrzymacie moją pomoc, nie będziecie musieli już tego robić. Od tej chwili wasza energia zamieni się w aktywny proces kreowania lepszego świata".

Jedna z kobiet z plemienia zapytała szamana: "Skąd wiesz że to się uda? Jesteś pewien, że Twoje moce szamańskie są wystarczająco silne, aby wysłać nas w taką podroż?"

Szaman odpowiedział: "Wiem, że misja się powiedzie, ponieważ wcześniej robiłem to już wiele razy. Wielu z was zostało już wysłanych na Ziemię, aby mieszkać z tamtejszymi ludźmi i przygotować grunt dla misji, której teraz wy się podejmiecie. Mam już w tym doświadczenie! Jedyną różnica jest to, iż teraz wielu z was podejmie się tego wyzwania jednocześnie. To, co będzie nową jakością w zamieszkałym przez was czasie, to fakt, że owe Zgromadzenia Członków Plemienia, o których wam mówiłem, zaczną się właśnie organizować".

Jeden z w współplemieńców zapytał: "Czy istnieje zagrożenie, że zagubimy się w tamtym świecie i nigdy się nie wybudzimy z szamańskiego transu? Czy istnieje niebezpieczeństwo, że rozpacz, cynizm i ból rozłąki będą tak wielkie, że ugaszą iskierkę nadziei oraz poczucie samego siebie i własnych korzeni, doprowadzając do wiecznej rozłąki z naszymi najbliższymi?"

Szaman odpowiedział: " Nie ma takiej możliwości. Im bardziej będziecie zagubieni, tym większa pomoc będzie wam zesłana. W tym czasie może wydawać się wam, iż zawalił się cały wasz świat. I że straciliście wszystko to co najcenniejsze. Później jednak dostrzegać będziecie to jako dar. Ja i nasza świat nigdy was nie opuścimy".

Inny mężczyzna zapytał: "Czy istnieje możliwość, że misja się nie powiedzie i cała planeta, Ziemia, zginie?"

Szaman odpowiedział: "Odpowiem na to pytanie paradoksem. Nie ma takiej możliwości. Prawdą jest, że jej sukces zależy od waszych poczynań. Los świata jest w waszych rekach. Klucz do tego paradoksu leży w was samych oraz w waszych uczuciach. Wszystkie wasze problemy z którymi się będziecie borykać - nawet wasza ukryta wewnętrzna walka - będą miały wymiar kosmiczny. Będziecie wiedzieć, tak jak teraz, że wszystko co robicie ma znaczenie. Bóg widzi wszystko."

Nie było więcej pytań. Gdy woluntariusze zebrali się w kręgu, szaman podszedł do każdego z nich. Ostatnią rzeczą, jaka pamiętali, to wydmuchiwany przez szamana dym prosto w twarz. Weszli w głęboki trans i zapadli w sen o świecie, w którym sami się dzisiaj znajdujemy.

Źródło

"Istnieje ludzka tęsknota za Bogiem, i istnieje również boska tęsknota za człowiekiem"
Mikołaj Bierdiajew

Dobrusia
Moderator
ranks
useravatar
Offline
81 Posty
Informacja o użytkowniku w postach
Nie posiadasz uprawnień do zamieszczenia tu postu

Re: Duchowe Przypowieści

Nie wiem czy do końca pasuje, ale wkleję bo ciekawe.

Mądra Aborygenka

Siedziałem w małej kawiarence w centrum Perth. W pewnym momencie podszedł do mnie stary Aborygen.
- Daj mi pół dolara - powiedział.
Nigdy nie lubiłem żebraków. Już miałem mu odmówić, ale uśmiechnął się tak szeroko i przyjaźnie, że sięgnąłem do portfela i wręczyłem mu dwa dolary. Uprzejmie podziękował i skierował się w stronę wyjścia. Dwa dni później byłem w tym samym miejscu i znowu się pojawił. Podszedł do mnie. Już sięgałem po portfel, ale powstrzymał mnie i powiedział: "dzisiaj ja stawiam". Chyba wyglądałem na zdziwionego, bo dodał: "Przecież dzisiaj jest moja kolej". Kupił mi piwo i usiadł koło mnie. Pomyślałem, że pewnie chce mnie dzisiaj naciągnąć na większą sumę.
- Skąd jesteś? - zapytał.
- Z Polski. A ty?
Popatrzył na mnie swoimi śmiejącymi się oczami.
- Dobry dowcip - powiedział, po czym powoli, jakby w zamyśleniu dodał:
- Skąd może być stary Aborygen? Widzisz - podniósł oczy - ludzie przybywają tu z całego świata, szukają swojego miejsca na ziemi, szukają szczęścia.
- Australia to piękny i spokojny kraj - powiedziałem - ja też przyleciałem, żeby tu zamieszkać.
- Czy wierzysz, że będziesz tu szczęśliwszy niż gdziekolwiek indziej?
- Tak, wierzę, że ja i moja rodzina będziemy tu szczęśliwi.
- Czemu odpowiadasz w imieniu innych, nawet jeżeli są Twoją rodziną?
- Przywiozłem ich tu, a więc czuję się za nich odpowiedzialny.
- Nie możesz być odpowiedzialny za niczyje szczęście oprócz własnego.
- Jesteś filozofem? - zapytałem.
- W pewnym sensie - odparł.
- Wyglądasz na inteligentnego - popatrzyłem na niego - czemu jesteś żebrakiem?
- Czy widziałeś, żeby żebrak stawiał komuś piwo?
- To czemu chodzisz i prosisz o pieniądze?
- To najlepszy test na jakość człowieka.
- Co w ten sposób testujesz?
- Czy warto z nim nawiązać bliższą znajomość.
- Widzę, że w Twoim teście wypadłem pozytywnie. Ile trzeba Ci dać, żeby zdać twój test?
- Nie ma znaczenia, czy ktoś mi coś da, czy nie. Znaczenie ma, jak to zrobi.
- A więc teraz, kiedy test zaliczony, jaki będzie następny krok?
- To zależy od ciebie. Zależy czy ja zaliczyłem test w twoich oczach. Każdy z nas bez przerwy testuje ludzi i świat wokoło. To, co w jego mniemaniu wypada pozytywnie, przyjmuje za swoje. Ale muszę już iść. Miło się z Tobą rozmawiało. Wpadnij do mnie przy okazji.
To mówiąc podał mi wizytówkę. Spojrzałem na nią i przeczytałem: Dr John Smith lekarz medycyny.

Przez kilka następnych dni byłem zajęty sprawami biznesowymi, lecz ten niezwykły człowiek często przychodził mi na myśl. Weekend zapowiadał się luźniejszy. W sobotę rano zadzwoniłem do niego.
- Cześć John, co u ciebie słychać?
- Cześć - odparł - wszystko OK. Dobrze, że dzwonisz. Dzisiaj wieczorem zaprosiłem kilka osób na barbeque. Wpadnij o siódmej. Miło będzie, jak zabierzesz ze sobą żonę.

Wieczór był ciepły po upalnym dniu. John przywitał nas w drzwiach. Zaprowadził do dużego salonu, gdzie było kilka osób. Przedstawił nas i poczęstował chłodnym napojem. Atmosfera była luźna, ludzie sympatyczni. Po pieczonej baraninie siedliśmy przed domem przy kawie. Wiatr od oceanu, jak zwykle pod wieczór, dawał ożywczy chłód. W pewnym momencie Judy - szczupła dziewczyna japońskiej urody - zapytała: "John, mam pewien problem. Czy mogłabym z Tobą porozmawiać na osobności?".
- Oczywiście - odparł John i wyszli. Wrócili za ok. piętnaście minut. Wtedy Greg i Samantha - młoda para - poprosili o to samo. Gdy wrócili, okazało się, że wszyscy po kolei chcieli rozmawiać na osobności z Johnem. Wydawało się nam to trochę dziwne, ale widocznie takie tu mają zwyczaje. W końcu jest emerytowanym lekarzem, może zasięgają porad medycznych.
Potem John wyjął z barku szlachetnie wyglądającą butelkę i poprosił mnie, żebym czynił honory podczaszego. Gdy degustowaliśmy ten wytrawny trunek, Judy zapytała:

- John, powiedz nam, jak to naprawdę jest tam, w Twoim świecie.
- W moim świecie? - uśmiechnął się - Ja nie mam swojego świata. To wy macie swoje światy i dlatego się wam wydaje, że wszyscy muszą je mieć. Kiedyś też miałem, ale zrezygnowałem, bo okazał się do niczego nie potrzebny. Wymagał ciągłej uwagi i aktywności, narzucał bezsensowne reguły i prawa, stresował przemijaniem czasu. Skończyłem z nim i radzę Wam zrobić to samo.
- Jak to skończyłeś? - zapytał Alex - młody prawnik - przecież jesteś tu z nami, istniejesz w świecie, nie umarłeś.
- Żeby skończyć ze światem nie trzeba umierać, tylko zrozumieć. Albo nawet nie zrozumieć, bo to słowo wiąże się z rozumem, raczej powiedziałbym - uświadomić. To lepsze pojęcie, bo wiąże się ze świadomością.
- Jaka jest różnica między rozumem a świadomością, i co trzeba sobie uświadomić? - zapytał ponownie Alex.
- Świadomość, to szersze pojęcie niż rozum. Oczywiście chodzi mi o czystą świadomość, bo w potocznym rozumieniu słowo "świadomość" używa się zamiennie z pojęciem rozum czy umysł. Otóż czysta świadomość umożliwia istnienie wszystkiemu, co istnieje, sama nie będąc żadną z tych rzeczy. To tak jak światło słońca umożliwia życie na Ziemi, ale nim nie jest.

Popatrzyłem na Alexa i z wyrazu jego twarzy wywnioskowałem, że z wyjaśnienia Johna zrozumiał niewiele. Zwykle lubiłem różnego rodzaju rozważania filozoficzne i czułem, że to, co mówi John, ma swoistą logikę, ale nie łapałem jeszcze całości. Zapytałem więc:
- Rozumiem, że czysta świadomość jest jakimś rodzajem energii, który umożliwia istnienie światu. Jaka jest więc relacja pomiędzy naszą, ludzką świadomością a tą czystą?
- Podam ci przykład - powiedział - gdy pali się ognisko, to ogień trawi drewno, ale nie jest nim. Jego natura jest dużo subtelniejsza niż natura drewna. Drewno to materia, ogień to energia. Relacja pomiędzy twoim ciałem a umysłem jest analogiczna do relacji między drewnem a ogniem. Twoja świadomość jest płomieniem trawiącym twoje ciało. I tak jak trzeba dorzucać drewna do ogniska, żeby nie zgasło, tak musisz karmić swoje ciało i umożliwiać mu wszelkie potrzebne życiowe funkcje, żeby płomień świadomości nie zgasł. Podobna relacja zachodzi pomiędzy twoją świadomością, czyli rozumem, a czystą świadomością. Czysta świadomość, z kolei, to płomień trawiący świadomość.

Logicznie widziałem tu sens, ale w sensie technicznym nie byłem w stanie tego uchwycić. John chyba to wyczuł, bo dodał: nie staraj się tego zgłębiać umysłem, bo do czystej świadomości umysł nie ma wstępu. Ci, co chcą tam dotrzeć, muszą swój umysł zostawić w przedsionku do jej komnat. Zaśmiał się głośno, a my wszyscy za nim.
Nasuwało mi się wiele pytań, ale nie zadałem już wtedy żadnego więcej. Temat, o którym mówił John, nie był mi obcy. Był okres, że czytałem różne książki o Buddyzmie i Zenie i dostrzegałem tu wiele analogii.
Umówiłem się z Johnem na następny dzień. Chciałem spokojnie z nim porozmawiać. Usiedliśmy z filiżanką kawy.
- John - zacząłem - niektóre z twoich wypowiedzi bardzo mnie zastanawiają. Sprawiasz wrażenie, jakbyś dostrzegał w świecie inne wartości niż my wszyscy.
- Widzisz - popatrzył na mnie - spotkałem kiedyś kogoś, kto powiedział mi, że świat, w którym żyję, jest złudzeniem, i najlepiej przestać sobie nim zawracać głowę. Nie wiem dlaczego, ale uwierzyłem tej osobie i zacząłem konsekwentnie stosować się do jej wskazówek. Po pewnym czasie doświadczyłem tego, że wszystko, co mi mówiła, było prawdą. To była stara kobieta, żyjąca samotnie na skraju aborygeńskiej osady. Uważano ją za pomyloną, bo często widziano ją, jak godzinami siedziała lub stała bez ruchu. Ja też tak sądziłem, aż pewnego dnia spotkałem ją na drodze. Niosła ciężką torbę i zaproponowałem, że jej pomogę. Popatrzyła na mnie i powiedziała: wiedziałam, że to będziesz ty. Podała mi torbę i szliśmy przez około piętnaście minut. I te piętnaście minut zmieniło moje życie.
- Co takiego się stało? - zapytałem.
- Powiedziała: wiedziałam, że właśnie ty do mnie podejdziesz, bo jesteś jedynym w wiosce, który umie patrzeć. Nie wiedziałem, co przez to chce powiedzieć, ale nie przerywałem. Widzisz, jestem już stara i czas na "daleką podróż", ale zanim odejdę, chciałam jeszcze komuś powierzyć prawdę. W wiosce uważają mnie za wariatkę i wygodnie mi z tym, bo nikt mi głowy nie zawraca. Miałam dużo czasu na obserwację i przemyślenia. Doznałam w życiu wielu nieszczęść. Mój mąż zapił się na śmierć. Wcześniej często mnie bił. Dzieci odeszły do miasta i zapomniały o starej matce. Ale teraz jestem już poza tym wszystkim. Był czas, kiedy bez przerwy o tym myślałam i moje życie było jednym wielkim pasmem udręki. Nie potrafiłam myśleć o niczym innym, tylko o tym, jak bardzo jestem nieszczęśliwa. I nagle wszystko się zmieniło. A było to podczas święta corroborree. Pamiętam, że od dziecka to święto było dla mnie bardzo wzruszające. Gdy patrzyłam na tańczących, zapomniałam o wszystkim. Wczuwałam się w każdą scenę tego tańca: w stwarzanie świata, w umieranie i przebywanie zmarłych poza czasem. I gdy tak stałam i patrzyłam, nagle poczułam, jak coś wewnątrz mnie pęka. Coś się we mnie otworzyło. Wręcz namacalnie zobaczyłam ten świat, w którym czas nie istnieje. Było to najcudowniejsze przeżycie, jakiego kiedykolwiek doznałam. Nie wiem ile trwało, ale gdy się ocknęłam, stałam sama pod drzewem. Wszyscy już poszli. Zaczęłam powoli wracać do domu i znowu wróciła myśl o tym, jaka to jestem samotna i nieszczęśliwa. Ale również uświadomiłam sobie, że coś się we mnie zmieniło. Gdy zaczynałam myśleć o sobie i swoich problemach, dostrzegłam, że coś z głębi mnie patrzy się na mnie. I co więcej, im bardziej użalałam się nad sobą, tym ironiczniej to coś na mnie spoglądało i wręcz się śmiało. Przestraszyłam się, że zwariowałam, ale pomyślałam, że do rana mi przejdzie. Ale nie przeszło. Gdy stres się pojawiał, to coś wracało. Zauważyłam, że najszybciej potrafię się go pozbyć, jak spokojnie usiądę i zaczynam go obserwować, tak jak on obserwuje mnie. Gdy wracałam do codziennych zajęć, wyzwalało we mnie niepokój. Uspokajało się, jak ja się uspokajałam. Dlatego w pewnym momencie przestałam zajmować się jakimikolwiek zajęciami, tylko po prostu siedziałam. Wiem, że to w oczach ludzi nie wyglądało normalnie, ale moja świadomość była przytłumiona i nie odbierała wyraźnie świata na około. Nie wiem ile to trwało, ale pewnego dnia zorientowałam się, że to coś, to ja, ale ta prawdziwsza ja, i że tak naprawdę obserwuję siebie samą. Każdego dnia spędzałam większość czasu medytując w ten sposób. Czułam, że codziennie przekopuję się przez kolejne poziomy czegoś, co przez lata narosło we mnie i zaśmieciło mnie do tego stopnia, że już sama nie wiem, kim jestem. Znowu minął jakiś czas, zobaczyłam, że to coś, to nawet nie jestem ja, bo tak naprawdę mnie nie ma. Ja znikło. Ale wraz z nim, znikło wszystko, co związane było ze mną, cały mój świat. Znowu byłam poza czasem. Trwałam tam aż do wyczerpania się energii. Wtedy świadomość wracała. Często marzyłam o tym, żeby już nie wrócić. Nie wiedziałam, czy do tego trzeba umrzeć, ale jeśli nawet tak, to było mi wszystko jedno. Tamten świat był tak wspaniały. Pewnego dnia zaczęłam w czasie medytacji prosić Wielką Siłę, żeby pozwoliła mi już tu nie wracać. Nagle usłyszałam głos, ale nie uszami, tylko jakby wewnątrz mnie. Głos zapytał: "Czy jesteś w stanie złożyć w ofierze to wszystko, czym jesteś, swoją świadomość, pamięć i życie?". Bez wahania odpowiedziałam, że
tak. I wtedy to się stało. Wkroczyłam TAM i wiedziałam, że stamtąd nie ma powrotu. Ty widzisz teraz moje ciało, które już nie jest moje, bo mnie już nie ma. Oddałam swoje ja. To ciało do ciebie mówi, ale nie jest już bardziej moje, niż ciała i umysły wszystkich ludzi na świecie. Wiem, że jeszcze teraz tego nie pojmujesz, ale chcę ci powiedzieć, że twój prawdziwy świat jest tam, gdzie nie istnieje czas. Dopóki żyjesz w czasie, żyjesz w świecie złudzeń.

Mimo że od dziecka słyszałem różne dziwne historie, bo Aborygeni bardzo lubią opowieści o różnych niestworzonych rzeczach, to jednak ta opowieść była zbyt niewiarygodna.
- A jeśli to jednak wariatka? Jeśli to wszystko jest wymysłem jej chorej wyobraźni? - pomyślałem.

- Zastanawiasz się, czy jednak nie jestem wariatką - wyczytała z moich myśli.
- Nie! - zaprzeczyłem, bo głupio mi się zrobiło.
- Zaśmiała się głośno.
Dochodziliśmy do jej domu. Otworzyła drzwi i wzięła ode mnie torbę.
Dziękuję - powiedziała i weszła do środka.
Stałem, nie wiedząc co zrobić. Byłem ciągle pod wrażeniem jej historii i nasuwało mi się wiele pytań.
- Przyjdź jutro wieczorem - usłyszałem jej głos.
Oczywiście przyszedłem, i następnego dnia również. I następnego. Byłem u niej codziennie. Im dłużej z nią przebywałem, tym wyraźniej zdawałem sobie sprawę z tego, że pod tą zniszczoną czasem i życiem powłoką tkwi nieograniczone źródło mądrości. Chwilami jej słownictwo było zwykłym żargonem tubylców, a chwilami potrafiła użyć takich sformułowań, jakich nie powstydziłby się profesor uniwesytetu. To ona nauczyła mnie o tym, że świat ma strukturę wymiarową, że świadomość i umysł to dwie różne rzeczy. Gdy zapytałem ją, skąd czerpie swoją wiedzę, przecież nawet nie umie czytać, powiedziała, że rzeczywiście, książek to czytać nie umie, ale umie czytać świat.
- Cały świat bez przerwy mówi do ciebie i przekazuje ci swoją prawdę - mówiła. Patrz uważnie i słuchaj. Bo gdy musi powtórzyć swoją lekcję, wtedy staje się to bolesne.
- Co to znaczy? - zapytałem.
- Ludzie cierpią nie dlatego, że nie mają innego wyjścia. Zanim do kogoś przyjdzie cierpienie, najpierw ten człowiek dostaje od świata wszystkie informacje i instrukcje, jak tego uniknąć. Żeby to odczytać, wystarczy chwila uwagi i logika myślenia. Widzisz, ja cierpiałam bardzo długo, bo brakowało mi tych dwóch czynników. Nie potrafiłam myśleć logicznie, bo moją całą uwagę pochłaniała emocja. Gdybym odkryła to wcześniej, mogłabym uniknąć bólu.
- W jaki sposób? - zapytałem - przecież twoje cierpienie związane było z sytuacją, jaka cię spotkała. Czy mając wiedzę, można kształtować bieg wydarzeń?
- Oczywiście, że tak. Nawet nie mając wiedzy, bez przerwy to robisz, ale nieświadomie, dlatego nie zawsze odbywa się to z korzyścią dla świata. A jeśli to, co robisz, nie odbywa się z korzyścią dla świata, to i nie ma w tym korzyści dla ciebie i prowadzi do cierpienia. Świat, dając ci cierpienie, upomina cię, jak dobry rodzic, żebyś nie robił rzeczy głupich.
- Czy zawsze działanie, które daje mi korzyść, będzie dawać korzyść światu i odwrotnie?
- Oczywiście, że tak, przecież jesteś częścią tego świata.
- To jakie działanie przynosi największą korzyść zarówno mnie, jak i jemu?
- Działanie zmierzające do uwolnienia się od jego wpływu. Widzisz, ten materialny świat nie służy do tego, żeby go budować, kształtować, wzbogacać o wielkie idee. To tylko szkoła, która uczy, jak przenieść świadomość na kolejne poziomy. Cała praca, jaką masz tu wykonać, to uwolnić się od niego.

Zanim odeszła, powiedziała mi, co robić, żeby pozbyć się świata złudzeń. Powiedziała, żebym obserwował siebie. Mówiła, że obserwując siebie i zadając sobie pytanie: kim naprawdę jestem?, uwalniam swoją świadomość od zależności materialnego świata.

Guest
Gość
useravatar
Offline
Nie posiadasz uprawnień do zamieszczenia tu postu

Re: Duchowe Przypowieści


Sen inicjacyjny

Antoni Kozłowski




Szedł przez miasto. Miasto było jego i zarazem nie jego. Choć kolor nieba zwiastował czas dzienny, w uliczkach i zaułkach panował tajemniczy półmrok. Przechodził poprzez bezludne, zastygłe w katatonicznym bezruchu podwórka, przemykał się pod mrocznymi arkadami, wychodził na miejskie place, gdzie stały w bezwodnym uśpieniu stare, omszałe fontanny. Od czasu do czasu napotykał barokowy kościół, którego odpustowo przeładowane ornamentem wnętrze spowijała brunatna poświata, znamionująca schyłek i pustkę teatralnej bufonady. W jego realnym Mieście dominował ceglany gotyk, więc barokowa, jarmarczna sceneria to symboliczny wyraz umysłowej kondycji mieszkańców. Czy on także należał do gromady wielbicieli barokowych amorków i Czterech pancernych? Nie dociekał, bo wędrówka zmieniała charakter. Domy stały się niskie, drewniane, niemal wiejskie chaty, zaś ulica przeobraziła w piaszczysty trakt. Wreszcie zabudowania skończyły się i nieoczekiwanie wyszedł na rozległą pustynię. Stało nad nią granatowe niebo wieczoru, a ponad horyzontem ciągnął się złoty pas dogasającego zachodu. Natychmiast ją zobaczył. Stała pośrodku pustyni wyniosła i dostojna. Była jej sercem i osią świata. Jego wieża. Wieża, którą tyle razy obserwował i fascynował się jej niezwykłą urodą. Teraz była jednak czymś więcej. Rozpoznał, że jej kształt jest zarazem miękko macierzyński i monstrualnie falliczny. Ten androgyniczny, magiczny obiekt był kresem jego wędrówki. Wiedział już, że to jego brama niebios, ku której zawsze podświadomie zdążał. Podszedł do wielkiej budowli, a wtedy potężne, kute wrota same się rozwarły. Wszedł do środka i zobaczył przedziwne laboratorium.
Stały tu wielkie generatory energii, turbiny, kotły, zegarowe tarcze manometrów, a cały stalowy mechanizm oplatał gąszcz rur. Metalowe cielsko maszynerii przypominało biologiczne kształty przedpotopowych gadów. Konstrukcja miała kolor brunatno-zielony i wydawała głębokie pomruki i dudnienia. Był tu też ogromny piec ognisty, czarny gmach z rozwartym, gorejącym paleniskiem. I właśnie przed owym piecem spotkał człowieka. Człowiek miał czarną jak węgiel skórę. Był obnażony do pasa, a jego brzuch rozpruty wytaczał z siebie suchy, chropawy fartuch czarnych trzewi. Był mężczyzną. Był rubaszny, buchający zmysłowością i mocarny. Powiedział do Marcina:

— Jestem tu palaczem. Podtrzymuję wieczny ogień pożądania. Sam jestem przepełniony pożądaniem, które ze mnie wypełza jak smok ognisty. Moje bebechy to wizytówka mej żądzy. Nie wstydzę się ich i w niczym mi nie przeszkadzają. Kiedy żądza bierze mnie w posiadanie uganiam się za kobietami, które uciekają przede mną z piskiem, a gdy spostrzegają, że się zdyszałem, zatrzymują się i łaszą jak suki. Potem klękają usłużnie, ssą mego kutasa, a gdy jestem już bliski tryśnięcia padam na wznak, wykładam się jak basza, a wtedy jedna z nich wskakuje na mnie i dziko ujeżdża, aż trysnę w jej ciało gorącym nasieniem. Inne w tym czasie ślinią się lubieżnie, mlaskają i międlą swe sromy. Kiedy jest po wszystkim, kobiety śmiejąc się i podszczypując powracają do stołu, gdzie toczy się wieczna biesiada. Zachłannie jedzą mięso, rękoma nagarniają kawior, pożerają kiście winogron i piją piwo z dzbanów, niechlujnie zalewając sobie obfite cyce. A ja zapadam się w czarny sen. Nie wiem, ile to trwa, ale zawsze wstaję kipiący siłą. Biorę potem łopatę i sypię węgiel do gardzieli pieca. Kiedy znowu zaczyna rozpierać mnie pożądanie, rzucam robotę i gonię za babami, które nieustannie biesiadują w okolicy. Me życie jest proste, jasne i krwiste. Uwielbiam je!

I jakby chcąc dać świadectwo swym obyczajom rzucił się nieporadnym, komicznym biegiem za stadkiem pijanych kobiet, które w halkach lub zupełnie nagie, rozbiegły się z frywolnym piskiem. Dogonił jedną z nich, wyklepał po tyłku, wycałował szyję i piersi, a potem porwał ją w pół i uniósł do góry. Marcin słyszał jego gardłowy charkot i chrapliwy, zmysłowy śmiech kobiety. Odwrócił się i odszedł. To było groteskowe, ale i smutne. To był spektakl rozbuchanej jałowości i nędzy życia. Poczuł, że to piekło tych, którzy nigdy nie obudzili się ze snu, ukołysani nachalnym, słodko mamiącym szumem wezbranych zmysłów, których życiowa energia spływała bezpłodnie w piach. Poznał, że niepohamowana lubieżność jest ścieżką zatraty.

Szedł dalej. Wnętrze kotłowni zmieniło się w ciemny korytarz zakończony drzwiami. Drzwi były zamknięte. Zobaczył, że w miejscu progu jest głęboka jama. Przeszedł go dreszcz. Dokąd prowadzi ten tunel? Odczuł gwałtowne pragnienie sforsowania drzwi. Ale nie zrobi tego zwyczajnie. Coś mu mówiło, że dobrze wybrać trudniejszą drogę. Przeczołga się tunelem. Tunel zaprasza odważnych. Nie jest pułapką. Czuje to bezwiednie. Jest macicą duchowych narodzin, przez którą przeciśnie się do nieznanego świata. Klęka więc przed jamą, pochyla się i wpełza powoli głową naprzód. Przeciska się przez pachnący ziemią mrok. Nie trwa to długo. Wypełza na powierzchnię. Staje na dużym podwórcu starego, drewnianego, porośniętego dzikim winem dworu. Dach dworu kryty gontem, który porósł zielony mech, a dwór zanurzony w kwietnym ogrodzie. Rosły tu malwy, naparstnice purpurowe, lilie złotogłowe, lwie paszcze i morze innych, pomniejszych, bajecznie kolorowych kwiatów. Nad przyziemnym królestwem bogactwa kolorów, rozpościerały baldachimy koron stare, wielkie drzewa. Rosły tu lipy, modrzewie, kasztanowce, świerki srebrzyste, czerwone buki, jawory, łaciate platany i mocarne dęby. Stary dwór otoczony był tęczą barw kwietnych i zielenią potężnych grzyw drzew. Panował tu nastrój sielskiego zbratania człowieka z naturą.

Na środku podwórca stała stara studnia. Pochylał się nad nią drewniany żuraw, a ocembrowanie pokrywał gęsty liszaj porostów i mchów. Nad zimną gardzielą studni dyndało łagodnie drewniane wiadro, uczepione długiej żerdzi żurawia. Obok studni, lekko wsparta o cembrowinę stała kobieta. Była młoda i przysadzista, o kształtach pełnych i dojrzałych. Jej ciało było zielone. Zielone miała też włosy. Wyglądała złowrogo, lecz ciepły uśmiech błąkający się po jej twarzy sugerował dobre zamiary. Uniosła rękę i kiwnęła palcem na Marcina. Chłopak podszedł do strzygi. Stanął przed nią i spojrzał jej w oczy. Dostrzegł w nich zielony bezkres wód. Strzyga wskazała palcem na swe łono. Siedziała tam zielona żaba, mocno przytwierdzona łapami do podłoża, broniła dostępu do przystani łona. Kobieta łagodnie, lecz stanowczo odezwała się do Marcina:

— Pocałuj mą żabę. Jest symbolem odrazy i lęku, żywionych przez mężczyznę do nieznanej kobiecości. Lecz kiedy ją pocałujesz, lęk zniknie wraz z żabą i zobaczysz to, co widzą oczy przebudzonego. Trzeba przemóc wstręt. On separuje cię od świata i małodusznie wyznacza granice twego karłowatego jestestwa. Jest straszakiem, który broni dostępu do królestwa prawdziwego zrozumienia. Jeśli mnie poznasz, poznasz wszystko. Jestem twą przewodniczką do bram pałacu światła. Lecz nim tam dojdziesz, przejdziesz przez piekło odrazy.

Marcin przyjrzał się dokładnie kobiecie. Jej twarz była piękna i spokojna, lecz otaczała ją owa niepokojąca aura, a może zagadka odmienności. W zielonych nitkach jej włosów spacerowały roje małych, zielonych pajączków. Nad jej głową zobaczył zielonkawy, niski, letni księżyc w pełni. Kobieta upuściła wiadro do studni i powoli przechylała ramię żurawia. Poczuł zew silniejszy od młodzieńczego zakłopotania. Uklęknął bezwiednie i pocałował żabę. Poczuł lodowate zimno, lecz zaraz otoczyła go aura przejmującego ciepła. Otworzył oczy i podniósł głowę do góry. Stała nad nim kobieta o białym ciele i czarnych włosach. Kiedy wstał, pocałowała go w usta. Podeszła do ławy, na której leżał bezkształtny kłąb materiału. Podniosła go i rozpostarła. Włożyła na siebie luźną zieloną suknię i chwyciła chłopaka za rękę. Poprowadziła go poprzez szumiące złotym zbożem pola. Doszli do skraju lasu. Stała tam zapadnięta ze starości stara chata, pokryta słomianym, omszałym dachem. Była to chata pustelnika. Wiedział już o tym. Kobieta podprowadziła go do drzwi chaty i zniknęła. Chłopak stał i czekał. Drzwi chaty otworzyły się i wyszedł z nich wysoki, krzepki starzec. Jego pobrużdżoną twarz okalała wielka, siwa broda. Odziany był w brązową, łataną opończę i sandały na bosych stopach. Usiadł na ławce przed chatą i gestem zaprosił Marcina. Chłopak przysiadł obok i czekał w milczeniu. Trwało to chwilę. Po chwili starzec odezwał mocnym, spokojnym głosem:

— Osiągnąłeś wiele. Poznałeś mrok życia i przeszedłeś przez bramę inności do świata mądrości. Jesteś moim uczniem, choć nie pobierałeś u mnie nauk. Jestem strażnikiem wiedzy, którą posiadłeś. Cieszę się, że stróżuję nie na darmo. Moja wiedza jest dla wszystkich, lecz nie dla każdego. Ty w nią wyposażony, radością napełniasz me serce, a sobie otwierasz wielką perspektywę życia. Znalazłeś się we właściwym miejscu, masz wgląd w istotę rzeczy i sposobny jesteś do czynów, które cię urzeczywistnią. Wracaj więc do siebie i strzeż tego skarbu. To jedyny skarb, jaki można znaleźć pod słońcem tej ziemi.

Marcin słuchał i rozpierała go radość. Słowa tego człowieka były dlań wielką nagrodą. Lecz nagle pojawił się cień niepewności. Cień potężniał i nasmużał się na jego radość. Nie umiał go odpędzić od siebie. Czyżby mądrość zawiodła? Zapytał więc jej strażnika:

— Mistrzu, czuję mrok wewnętrzny, choć ty mówisz o świetle wiedzy. Dlaczego skoro osiągnąłem mądrość, cień niepewności przesłania mi jasność widzenia? Dlaczego nie mogę cieszyć się owocami swego twórczego dokonania?

Starzec uśmiechnął się. Po chwili przemówił. Marcin poczuł w jego głosie nutkę złości. Oczy starca błyszczały, a ręce nerwowo obracały zimny kryształ. Po chwili irytacja zamieniła się w dobroduszność. Uspokojony, łagodnie uśmiechnięty starzec tak przemówił:

— Moja wiedza jest dla ludzi. Dlatego też człowiek w nią wyposażony osiąga wgląd w rzeczywistość i wewnętrzny spokój. Lecz w tobie drzemie tęsknota do przekroczenia granic człowieczeństwa. Jesteś niepogodzony z ograniczonością ludzkiej kondycji. Pali cię głód doświadczenia wszechbytu. Teraz uważaj. To pycha, ale też odwieczna droga wybranych, a tych jest niewielu. Ja nią nie poszedłem. Poznałem swe możliwości. Moja mądrość jest z ludzkiego świata. Ten świat jest moim domem, moim sercem i mym przeznaczeniem. Prostuję jego ścieżki i prowadzę zbłąkanych ku zrozumieniu jego sensu. Nie wstąpiłem na ścieżkę Lucyfera, która wiele obiecuje, lecz wydziedzicza z ludzkiego świata i człowieczego sensu istnienia. A sens ten brzmi: są granice, których nie przekroczysz. Jest to, co możesz odkryć i to, czego nigdy nie odkryjesz. Tajemnica jest mocą, gdy ma zakrytą twarz. Jest magnesem, który ciągnie cię nieustannie do nowych dokonań. Przyjdzie moment, gdy w rozbłysku zrozumienia ją poznasz. Będzie to ostatnia chwila twej ziemskiej przygody. Potem rozpocznie się przygoda nieziemska. A teraz idź do swej kobiety i ciesz się życiem. Jesteś mądry, więc radości ci nie zabraknie. Nigdy nie pragnij posiąść wszystkiego. Wszystko przyjdzie do ciebie samo, gdy się wypełni twój czas. — Starzec zamilkł, zamknął oczy i ze spokojną, czuwającą twarzą siedział obok Marcina.

Marcin przyjął z pokorą przesłanie starca. Z trudem i żalem wygasił duchową zachłanność. Wiedział, że są granice i pogodzenie się z tym, to dowód mądrości. Dlaczego tylko mądrość musi być gorzka? I już odpowiedź przyszła sama. Dlatego, że mówi o tym, co można osiągnąć, a przestrzega przed jałową szamotaniną. A przecież wielu, bardzo wielu uwielbia bezpłodną szamotaninę, nazywając ją niepokojem twórczym, wieczną tęsknotą do prawdy, ścieżką poznania i jeszcze innymi efektownymi komunałami. Teraz już wie, że poznawszy granice może żyć w swym świecie bezpiecznie i radośnie, nie tracąc energii na jałowe bicie głową w ścianę. Wezbrała w nim druga fala radości. Teraz był u siebie.

Starzec otworzył oczy i na rozwartej dłoni podsunął Marcinowi kryształ. Przezroczysty, szklisty wielościan zdawał się emanować zimne światło. Chłopak wyciągnął dłoń. Starzec położył kryształ na otwartej dłoni. Marcin zacisnął pięść i przyjął opiekuńczy dar. Starzec odezwał się do niego:

— To prezent na odnalezioną drogę życia. Wpatruj się w niego. Jest nieludzko zimny i strzeże tajemnicy, lecz w jego jasnych, zamkniętych przezroczystymi ścianami komnatach może zamieszkać twoje ciepło. Napełnij kryształ swoim ciepłem. W szklanym pałacu tajemnicy zamieszka twoje tchnienie życia. Strzeż go. To twoja arka przymierza człowieczeństwa z tajemnicą. Ruszaj!

Starzec położył rękę na głowie chłopca i przekazał mu bezsłowne błogosławieństwo. Wstał i zniknął we wnętrzu chaty. Marcin siedział przez chwilę w skupieniu, po czym zerwał się radośnie i popędził polami ku majaczącemu w oddali staremu dworowi. Z komina sączył się dym. Jego kobieta gotowała obiad. Poczuł dotknięcie radosnej swojskości. Miał swój świat, swój dom, swą kobietę. Biegł w uniesieniu roztrącając kłosy falującego zboża...

Obudził się. Był szczęśliwy. Poturbowane, wytrącone z rytmu codziennej równowagi procesów, ciało stało się magiczną bramą do prawdziwej dojrzałości chłopca, co nazywa się inicjacją. A inicjacja nie jedno ma imię, bo każdy ma swoją furtkę do pełnego człowieczeństwa, choć nie każdy ma oczy ku patrzeniu. Większość widzi jedynie salceson na stole i teleturniej na ekranie. Bo większość pochwycona została w niewidzialną sieć i holowana jest za stalowym trawlerem powszechnej ideologii i dogmatycznej dewocji, do miejsca przeznaczenia, czyli wielkiej mielizny życia, gdzie w groteskowych podrygach i wysadzeniu zdumionych oczu, ogromna armia śniętych szczupaków doczekuje w otępieniu ostatecznego rozwiązania życiowego rebusu, czyli przepustki do piachu.

Rozumiał teraz, że największą zbrodnią przeciw idei wielkiego połowu, ideologicznego faszerowania i wprawiania do kolektywnego zaprzęgu, był, jest i będzie występny, grupowy, czy samodzielny ryt inicjacyjny, dający panowanie nad sobą i rozszyfrowanie teatru świata. Władcy we wszystkich kulturach i epokach usiłują zniszczyć zdolność refleksji, mądrość, jako największego wroga. Bo rządzi ten, kto odbiera rządzonym rozum.

http://www.gnosis.art.pl/e_gnosis/opowi … acyjny.htm

"Istnieje ludzka tęsknota za Bogiem, i istnieje również boska tęsknota za człowiekiem"
Mikołaj Bierdiajew

Dobrusia
Moderator
ranks
useravatar
Offline
81 Posty
Informacja o użytkowniku w postach
Nie posiadasz uprawnień do zamieszczenia tu postu

Re: Duchowe Przypowieści

“Lew został pojmany i wtrącony do obozu koncentracyjnego, gdzie, ku swemu zdumieniu, zastał inne lwy, które przebywały tam od lat, niektóre z nich przez całe życie, gdyż tam się urodziły. Wkrótce zapoznał się z działalnością społeczną lwów obozowych. Zrzeszały się w grupy. Jedna grupa składała się ze społeczników; inna zajmowała się rozrywką; jeszcze inna kulturą, gdyż jej celem było staranne przekazywanie zwyczajów, tradycji i historii z czasów, kiedy lwy były wolne; inne grupy były religijne — gromadziły się głównie, by śpiewać wzruszające pieśni o przyszłej dżungli, gdzie nie będzie ogrodzenia; niektóre grupy przyciągały tych, którzy z natury byli literatami lub artystami; jeszcze inne były rewolucyjne, spotykały się, by spiskować przeciwko swym zdobywcom lub przeciwko innym grupom rewolucyjnym. Co jakiś czas wybuchała rewolucja, jedna określona grupa była zgładzona przez inną, lub wszyscy strażnicy byli zabijani i zastępowani przez inny zespół strażników.

Gdy tak się rozglądał, przybysz zauważył jednego lwa, który zawsze wydawał się głęboko zamyślony, samotnika, który nie należał do żadnej grupy i zazwyczaj trzymał się od wszystkich z daleka. Było w nim coś dziwnego, co wzbudzało u wszystkich podziw i wrogość, gdyż jego obecność wywoływała strach i zwątpienie w siebie. Powiedział on do przybysza:
- Nie przyłączaj się do żadnej grupy. Ci biedni głupcy zajmują się wszystkim oprócz tego, co jest istotne.
- A cóż to takiego? – zapytał przybysz.
- Studiowanie natury ogrodzenia.”

Anthony DeMello

Guest
Gość
useravatar
Offline
Nie posiadasz uprawnień do zamieszczenia tu postu

Re: Duchowe Przypowieści

PRZYPOWIEŚĆ O SIEDMIU MNICHACH

Kilkaset lat temu, w leśnej grocie gdzieś w Azji mieszkało siedniu mnichów, medytujących nad formą bezwarunkowej miłości. Był tam przewodni mnich, jego brat i jego najlepszy przyjaciel. Czwarty mnich był wrogiem przewodniego mnicha; po prostu nie mogli ze sobą wytrzymać. Piąty mnich w grupie był mnichem bardzo wiekowym, tak posuniętym w latach, że w każdej chwili spodziewano się jego śmierci. Szósty mnich był chory - i to na tyle, że też mógł w każdej chwili umrzeć. I ostatni mnich, siódmy, był zupełnie do niczego. Zawsze chrapał, kiedy rzekomo miał medytować; nie potrafił zapamiętać swojego mantrowania, a jeśli już udało mu się to, gubił tonację. Nawet nie potrafił właściwie obchodzić się ze swoimi szatami. Ale inni go tolerowali i dziękowali mu za naukę cierpliwości.


Pewnego dnia banda zbirów odkryła jaskinię, w której mieszkali mnisi. Leżała tak daleko, była tak zakamuflowana, że mieli ochotę przejąć ją na własną bazę, więc postanowili zabić wszystkich mnichów.

Mnich przewodni, na szczęście, miał wyjątkową siłę persfazji. Spróbował namówić całą bandę, by zostawili mnichów w spokoju, pozwalając im odejść, z wyjątkiem jednego, którego mieli zabić, jako przestrogę dla pozostałych, by nikomu nie zdradzili miejsca jaskini. Nic lepszego nie mógł mnich przewodni zrobić.

Pozostawiono go samego na parę minut, by zdecydował, którego mnicha ma poświęcić, by inni uszli z życiem.

No i jak sądzicie, którego mnicha wybrał?

Przypomnijmy, że był tam przewodni mnich, jego brat, najlepszy przyjaciel, wróg, stary mnich i chory mnich (obydwaj tuż przed śmiercią) i mnich nieudacznik. Jak myślicie kogo wybrał?



Niektórzy sugerują wroga, inni jego brata. Niektórzy wskazują mnicha nieudacznika, a jeszcze inni myślą, że wybrał sam siebie.



Otóż mnich przewodni nie był w stanie wybrać.

Jego miłość do brata była dokładnie taka sama, ani mniejsza ani większa, jak miłość do swojego najlepszego przyjaciela – która była dokładnie taka sama, jak jego miłość do wroga, do starego mnicha, schorowanego mnicha, i nawet do tego starego nieudacznika. Doprowadził on znaczenie słów o bezwarunkowej miłości do perfekcji.

Wrota serca mnicha przewodniego były otwarte dla wszystkich, z bezwarunkową, niewyróżniającą nikogo miłością. A co więcej, jego miłość do innych była równa miłości, jaką darzył siebie. Wrota swego serca miał otwarte także dla siebie. To dlatego nie mógł wybrać pomiędzy sobą a innymi.

Przypomnijmy w tym miejscu słowa Jezusa, który mówił: “Kochaj bliźniego, jak siebie samego”. Nie więcej niż siebie i nie mniej niż siebie, lecz tak samo jak siebie. Oznacza to, by szanować innych tak samo jak siebie samego, a siebie samego jak innych.

Dlaczego najczęściej wydaje się nam, że mnich przewodnik powiniem skazać siebie na śmierć? Dlaczego w naszej kulutrze jest tak, że zawsze poświęcamy się w ofierze dla innych i jest to uważane za właściwe? Dlaczego jesteśmy bardziej wymagający, krytyczni, ganiący wobec siebie niż wobec innych? Jest tak z jednego powodu: nie nauczyliśmy się jeszcze kochać samych siebie. Jeśli sprawia ci trudność, by powiedzieć drugiemu “wrota mojego serca są zawsze otwarte dla ciebie, bez względu na to, co zrobisz”, jest to niczym w porównaniu z trudnością, z jaką zmagasz się mówiąc: “Ja. Ktoś, z kim jestem tak blisko od niepamiętnych lat: Ja sam. Wrota mojego serca są otwarte także dla mnie. Dla całego mnie, bez względu na to, co zrobiłem. Zapraszam, wejdź i odczuj moją bezwarunkową miłość”.

To właśnie znaczy miłość wobec innych: nazywa się to przebaczeniem. Jest wychodzeniem na wolność z więzienia winy, oznacza bycie w zgodzie z samym sobą. I jeśli zbierzesz się na odwagę, by powiedzić te słowa do siebie, szczerze, w zaciszu swego wewnętrznego świata, wówczas wzniesiesz się, nie oddalisz, by spotkać idealną miłość. Pewnego dnia każdy z nas musi do siebie powiedzieć te, lub podobne słowa, szczerze, bez wykrętów. Kiedy to zrobimy, to tak, jakby nasza część do tej pory odrzucana, żyjąca gdzieś na zewnątrz, tak długo pozbawiona ciepła, nagle powróciła do domu. Poczujemy się zjednoczeni z całością i otwarci na szczęście. Jedynie wówczas, gdy pokochamy siebie w ten sposób, zrozumiemy, czym jest prawdziwa miłość do drugiego człowieka, ni mniej, ni więcej.

I proszę pamiętaj, nie musisz być doskonały, bez wad, by obdarzyć się taką miłością. Jeśli czekasz na doskonałość, ona nigdy nie przybędzie. Musimy otworzyć wrota naszego serca dla nas samych, bez względu na nasze dotychczasowe czyny.

opowieść na podstawie Dhammapady oraz “Opowieści buddyjskich” Ajahn Brahm

Guest
Gość
useravatar
Offline
Nie posiadasz uprawnień do zamieszczenia tu postu

Re: Duchowe Przypowieści

Wiele razy mówiłem o pięknym wierszu Rabindranatha Tagore. Ten poeta szukał Boga przez miliony żywotów. “Czasem go widziałem, z dala, blisko gwiazd, zaczynałem iść do niego, ale nim dotarłem do tej gwiazdy, Bóg szedł gdzie indziej. Ciągle szukałem, byłem zdecydowany znaleźć Boga. Zdumiony, pewnego dnia dotarłem do domu z napisem na drzwiach: DOM BOGA.


Można zrozumieć jego ekstazę i radość. Wbiegł na schody, a gdy już miał zapukać do drzwi, nagle jego dłoń zawisła w powietrzu. Pomyślał: “Jeśli przypadkiem to naprawdę jest dom Boga, jestem skończony, moje poszukiwanie dobiegnie kresu. Utożsamiłem się już moim poszukiwaniem. Nie znam niczego innego. Jeżeli te drzwi otworzą się i zobaczę twarz Boga, będę skończony, moje poszukiwania zakończą się. I co dalej?”.

Zaczął drżeć ze strachu, zdjął buty i po cichu zszedł pięknymi marmurowymi schodami. Bał się, że Bóg otworzy drzwi, choć on nie pukał. A potem zaczął biec tak szybko, jak nigdy dotąd. Myślał kiedyś, że biegł, szukając Boga, ale teraz uciekał, jak nigdy jeszcze, nie oglądając się za siebie.

Wiersz kończy się: “Nadal szukam Boga. Wiem, gdzie jest jego dom, unikam więc go i szukam wszędzie indziej. To wielka ekscytacja, wielkie wyzwanie, mogę trwać w swoich poszukiwaniach. Bóg jest groźny, unicestwiłby mnie. Ale teraz nie boję się nawet Boga, bo wiem, gdzie mieszka. Tak, opuściłem jego dom, szukam go w całym wszechświecie. W głębi siebie wiem, że nie szukam Boga, moje poszukiwania są po to, by karmiły moje ego”.

Rabindranath Tagore nie jest kojarzony z religią, ale tylko religijny człowiek z ogromnym doświadczeniem może napisać taki wiersz. To nie jest zwykła poezja, ma ona w sobie wielką prawdę.

Tak już jest: nie pozwolisz istnieć błogości, musiałbyś zniknąć. Dlatego nie ma zbyt wielu radosnych ludzi na świecie. Niedola karmi twojego ego i to dlatego widzisz tylu cierpiących ludzi w świecie. Podstawowym wskaźnikiem jest tu ego.

Dla urzeczywistnienia Najwyższej Prawdy musisz zapłacić pewną cenę, a jest nią porzucenie ego. Kiedy więc przyjdzie ta chwila, nie wahaj się. Zniknij, tańcząc … z wielkim śmiechem, zniknij; z pieśnią na ustach – zniknij.

z nauk Osho

Guest
Gość
useravatar
Offline
Nie posiadasz uprawnień do zamieszczenia tu postu

Informacje forum

Statystyki:
 
Ilość wątków:
243
Ilość sond:
5
Ilość postów:
1918
Forum jest nieaktywne:
Użytkownicy:
 
Zarejestrowani:
186
Najnowszy:
hopebi69
Zalogowani:
0
Goście:
14

Zalogowani: 
Nikt nie jest zalogowany.

Legenda Forum:

 wątek
 Nowy
 Zamknięty
 Przyklejony
 Aktywny
 Nowy/Aktywny
 Nowy/Zamknięty
 Nowy przyklejony
 Zamknięty/Aktywny
 Aktywny/Przyklejony
 Przyklejony / Zamknięty
 Przyklejony/Aktywny/Zamknięty